Szukaj na tym blogu

czwartek, 21 lipca 2011

Zamiast decu - wakacyjne wojaże.

Z racji pory urlopowej i błogiego lenistwa, które w większości opanowało decoupażowe bloggerki, ja również idąc za tym przykładem, spędzam czas na podróżach, nabieram sił i podziwiam wspólnie z Małżonkiem piękno naszej Matki Ziemi. Jak to bywa w naszym przypadku (czyt. sprawdzone wielokrotnie), najbardziej udane są spontaniczne, często 'hardkorowe" wypady. Wspólne podjęliśmy decyzję o krótkim wypadzie w Tatry do Zakopanego (mąż uparł się zdobyć Kasprowy:-)), a potem na Podlasie w rodzime strony. Wycieczka nieoczekiwanie poszła własną drogą i wylądowaliśmy pod granicą węgierską. A poniżej kilka fotek z naszych podróży:

Podpatrzone na leniwym, rodzinnym spacerze w Łazienkach Królewskich.


Jak zdobywałam Kasprowy.

UFF, chwila zwątpienia.
Nasze Tatry rodzime.

 Widok z Kasprowego.

Na Podhalu.
Miała być Polska (jak widać powyżej), ale znienacka wpadliśmy z Mężem na pomysł wyskoczyć do Słowacji do jaskini Domica, by obejrzeć wspaniałe podziemne kaskadowe jeziorka, cebulowite stalaktyty i pagodowe stalagmity i inne formacje naciekowe a także przepłynąć łódką podziemnym korytarzem. Niestety zdjęć nie udało nam się zrobić, ale zapraszam na zaprzyjaźnionego bloga prowadzonego przez parę poznanych tam turystów z Kanady: http://veloreve.blogspot.com/  Widoki podziemnych skał i niesamowite doznania im towarzyszące na długo pozostaną nam w pamięci. A naszym nowym Przyjaciołom wytrwałości w podróży po Europie i jak najmniej psów na rowerowej drodze:-) 
A poniżej :

Uroki Słowacji -w oddali jezioro Palcmanská Maša .
 

Pola słoneczników u podnóża góry - ujęcie z samochodu.

Góry i doliny słowackie w drodze na Węgry.

A jutro na Podlasie:-)
P.S. Wiecie jak nazywa się mandat w języku słowackim?
        - BLOK NA POKUTU. 
Zostawiam bez komentarza..




czwartek, 7 lipca 2011

Maki w kuchni...

   Jedna z moich siostrzyczek wymarzyła sobie mieć w domu taki komplet: tacę, serwetnik i podkładki pod kubki  a wszystko oczywiście kolorowe i wiosenne, bo oczy też trzeba czymś karmić i cieszyć (a nie tylko żołądek). I "stanęło" na tym, że będą maki utulone w barwach: zieleni, beżach i pomarańczach, wykonane łatwą techniką "na żelazko", czyli nic skomplikowanego.
   A mi ambitnej decoupażystce nawet przez myśl nie przeszło, że to takie pracochłonne będzie i na poziom nerwów też wpłynie - taca i podkładki okazały się strasznie niewdzięczne dla moich starań nadania im charakteru - cóż, chyba niektóre rzeczy martwe tak już mają. 
   Minęły dwa tygodnie, jak udało mi się wreszcie skończyć ten zamówiony komplet kuchenny a i siostra pewnie już zdążyła gości sprosić, herbatkę i pyszności własnoręcznie wypieczone na nim zaserwować - a mi wstyd przyznać - już czasu zabrakło, by się podzielić z Wami efektami trudów tej pracy. . . 
   Siostra jest przesympatyczna, ale zdarzyło się, że tym razem wykazała daleko idącą niecierpliwość i czekać dłużej już nie chciała na swoje zamówienie, więc zdjęcia robione były na szybko podczas familijnego przyjęcia. Komplet kuchenny (jak widać na zdjęciach) nijak do wnętrza hotelowego holu wpasować się nie pozwolił, ale lepszy rydz niż nic...

P.S. Siostra jak dotąd reklamacji nie zgłaszała, więc makowy zestaw w kuchni się przyjął i w wystrój się wpasował:-)






A następny w kolejce do "wykończenia" (ciekawe kto kogo tym razem :-)) czeka też komplet, ale tym razem czterech obrazów - "Pory roku" przeze mnie nazwany - z wykorzystaniem pasty strukturalnej.